Głębokie to dzielnica, w której łatwo uwierzyć w legendy: leśne jezioro, sosny nad brukowanymi uliczkami, wille z lat 30. i dolina, w której przez wieki szumiały młyńskie koła. Za tą sielską fasadą kryją się jednak całkiem konkretne historie – o pisarzach, którzy po wojnie zamieszkali w opuszczonych domach, o jeziorze, które co zimę trzeba dopompowywać rurociągiem, i o młynie, który z czasem zamienił się w modny lokal.
Każda z poniższych opowieści rozwija jedną z krótkich ciekawostek ze strony osiedla. Tam, gdzie kończą się fakty, a zaczyna legenda, wyraźnie to zaznaczamy. Wszystkie opisane miejsca można odwiedzić podczas jednego dłuższego spaceru od pętli tramwajowej Głębokie.
Głębokie-Pilchowo – historie
Literacka kolonia przy Pogodnej i Jaworowej
W latach 30. XX wieku właściciel tutejszych gruntów Barnim von Ramin rozparcelował część swoich dóbr pod podmiejskie osiedle willowe. Plan zabudowy przygotował berliński architekt Heinrich Zeller, a domy stawiano etapami przy ulicach, które dziś nazywają się Pogodna, Jaworowa i Majowa. Wybuch wojny przerwał budowę przed ostatnimi etapami. Jesienią 1945 roku, gdy Głębokie przeszło pod polską administrację, dotychczasowi mieszkańcy musieli opuścić domy, a wiele z nich długo stało pustych.
Właśnie tu, w ciszy na skraju puszczy, zamieszkała w pierwszych latach powojennych spora grupa ludzi pióra. W latach 1949–1952 w willi przy Pogodnej 34 mieszkał Jerzy Andrzejewski, autor „Popiołu i diamentu” – powieści wydanej w 1948 roku, jeszcze przed jego przeprowadzką. W Szczecinie był pierwszym prezesem miejscowego oddziału Związku Literatów Polskich i współzałożycielem, razem z Heleną Kurcyusz i Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim, Klubu 13 Muz. Część czasu spędzał jednak w Krakowie, a od 1951 roku w Warszawie.
Od grudnia 1948 do listopada 1952 roku przy Jaworowej 34 mieszkał Edmund Osmańczyk, publicysta i w tamtych latach zagraniczny korespondent Polskiego Radia. Przy Pogodnej 24 w latach 1947–1956 żyli poeta i tłumacz Witold Wirpsza oraz jego żona, pisarka Maria Kurecka. Wirpsza kierował wydziałem kultury Wojewódzkiej Rady Narodowej, był redaktorem szczecińskiej rozgłośni Polskiego Radia, a w 1955 roku dostał literacką nagrodę miasta. W okolicy mieszkali też między innymi Wiktor Woroszylski, Maria Boniecka przy Majowej 42 i Nina Rydzewska.
Dziś na Pogodnej i Jaworowej trudno wskazać, który dom gościł którego pisarza, jeśli nie zna się numerów. Spacer tymi ulicami dobrze jednak oddaje klimat, który przyciągał tu literatów: niska zabudowa, ogrody wchodzące w las i kilka minut piechotą do jeziora.
Dzwony Auguste i Anna Margareta z dna jeziora
Jezioro Głębokie na obrazie Hansa Hartiga z początku XX wiekuFot. Hans Hartig, domena publiczna, Wikimedia Commons (zmniejszone)
Wieś Glambeck pojawia się w dokumentach w 1266 roku, gdy książę Barnim I przekazał połowę jej gruntów kościołowi Mariackiemu w Szczecinie; w połowie XIV wieku kościół miał już całą wieś. Zapis z 1527 roku mówi jednak, że wieś zniknęła. Dlaczego – tego dokumenty nie mówią. Ludowa wyobraźnia podsunęła własne wyjaśnienie: Glambeck miało zapaść się pod ziemię, a jego miejsce zajęły wody jeziora.
Legendę spisano pod koniec XIX wieku w zbiorze podań pomorskich Ulricha Jahna; opowiadano ją podobno w sąsiednim Zabelsdorfie, czyli dzisiejszym Niebuszewie. W dzień świętego Jana, dokładnie w południe, z głębin miały się odzywać dwa kościelne dzwony zatopionej wsi, noszące imiona Auguste i Anna Margareta. Pewnego razu dzieci prały nad brzegiem ubranka dla lalek i rozkładały je do wyschnięcia. Dzwony wypłynęły wtedy z głębiny w stronę lądu, a jeden zawołał do drugiego po dolnoniemiecku: „Anna Margrête, Kumm mit do Dêpe!”, czyli mniej więcej: chodź ze mną w głębinę. Drugi, jakby zaklęty, nie posłuchał.
Mieszkańcy postanowili zabrać dzwon do swojego kościoła. Załadowali go na wóz zaprzężony w sześć koni, ale nie dało się go ruszyć z miejsca. Ziemia pod nim zrobiła się miękka i dzwon, wóz oraz konie zapadły się w przepaść, a ludzie ledwo uszli z życiem. Według podania jezioro miało być niezmiernie głębokie i co roku zabierać przynajmniej jedną ofiarę.
Autorzy, którzy przypominają tę legendę, zwracają uwagę, że motyw zatopionej osady mógł zostać przeniesiony z podań o innym pomorskim jeziorze. Pewne jest natomiast, że nazwa wsi i jeziora pochodzi od słowiańskiego słowa oznaczającego głęboki – co świetnie pasowało do opowieści o bezdennej toni. W letnie południe, siedząc na plaży kąpieliska, łatwo sprawdzić, czy dzwony jeszcze grają.
Głębokie, które ma średnio dwa i pół metra
Jezioro Głębokie – duże, leśne i zaskakująco płytkieFot. Mateusz War., CC BY-SA 3.0, Wikimedia Commons (zmniejszone)
Nazwa obiecuje głębinę, legenda – przepaść bez dna, a liczby mówią coś zupełnie innego. Jezioro Głębokie ma około 31 hektarów powierzchni, 1550 metrów długości i około 300 metrów szerokości, a jego średnia głębokość wynosi zaledwie około 2,4 metra. W najgłębszym miejscu sięga 6 metrów. Cała woda w misie to około 751 tysięcy metrów sześciennych.
Jezioro leży w polodowcowej rynnie u podnóża Wzgórz Warszewskich. Jest zbiornikiem bezodpływowym: nie wpływa do niego ani nie wypływa z niego żadna naturalna rzeka, a zasilają go tylko opady i wody podziemne. Zlewnia jest niemal w całości zalesiona, od wschodu przylega do niej zabudowa osiedla. Zbiornik jest silnie zeutrofizowany, czyli przeżyźniony – sprzyja to zakwitom glonów i niedoborom tlenu przy dnie.
Dlatego jezioro jest od lat poddawane rekultywacji. Na jego tafli można zobaczyć pływające urządzenie – aerator, który napowietrza najgłębsze, najchłodniejsze warstwy wody. Dla spacerowiczów i kąpiących się płytkość jeziora nie jest wadą: kąpielisko na południowym brzegu, urządzone w latach 20. XX wieku, od stu lat ściąga szczecinian w upalne dni.
Skąd więc nazwa? Źródła nie rozstrzygają, dlaczego Słowianie nazwali je głębokim. Wokół jeziora biegnie dziś około sześciokilometrowa ścieżka spacerowo-rowerowa. Po drodze rosną pięć pomnikowych dębów zwanych Brytyjczykami i buk nazywany Upiorem – dobra okazja, by samemu porównać nazwę z tym, co widać z brzegu.
Jezioro bez dopływu jest bezbronne wobec suchych lat – gdy brakuje deszczu, poziom wody spada. Dlatego Głębokie ma sztuczne podziemne połączenia z dwiema rzekami. Mniej ważne prowadzi do Osówki i pozwala zasilać jezioro jej wodą w okresach niskiego stanu. Ważniejsze jest połączenie z Gunicą – rzeką Puszczy Wkrzańskiej, lewym dopływem Odry, płynącą przez powiat policki.
Co roku od 1 stycznia do 30 kwietnia przy brzegu Gunicy pracuje ujęcie z pompownią, które tłoczy wodę podziemnym rurociągiem o długości około 8 kilometrów. Wylot rury znajduje się w północnej części jeziora, przy przepuście łączącym je ze zbiornikami po zachodniej stronie tak zwanej drogi czołgowej. Pozwolenie wodnoprawne dopuszcza przerzut do 1 036 800 metrów sześciennych rocznie. W 2025 roku przepompowano około 725 tysięcy metrów sześciennych, ze średnią wydajnością około 80–85 litrów na sekundę – to niewiele mniej niż objętość całego jeziora.
Ingerencja ludzi w wody Głębokiego ma zresztą długą historię. Już w 1418 roku książęta szczecińscy Otto II i Kazimierz zgodzili się, by odprowadzać do jeziora wodę z Osówki – wtedy chodziło o sprawniejszą pracę młynów w dolinie. Po sześciuset latach woda znów płynie sztucznymi kanałami, tym razem po to, by jezioro w ogóle przetrwało.
Stan wody jest stale mierzony na łacie wodowskazowej. Sam rurociąg biegnie pod ziemią i nie ma czego oglądać, ale wiosną, po zakończeniu pompowania, warto spojrzeć na północny brzeg – to tam rzeka z puszczy oddaje wodę jezioru.
Młyn Ustronie: od 1277 roku do cukierni ze stajnią
Dolina Siedmiu Młynów to dolina potoku Osówka, który ma tu wyjątkowo bystry prąd. Najstarsze wiadomości o wykorzystaniu tej siły pochodzą z XIII wieku. Młyn Ustronie musiał istnieć już przed 1277 rokiem, bo właśnie wtedy książę Barnim I sprzedał go miastu Szczecin w zamian za pomoc finansową w wojnie z Marchią Brandenburską. W 1643 roku na własność miasta przeszły także pozostałe młyny z doliny.
W XIX wieku młyny wodne zaczęły przegrywać z napędem parowym, a potem spalinowym i elektrycznym. Dolina znalazła jednak nowy sens: na przełomie XIX i XX wieku stała się terenem wycieczek. W dawnych młynach Zazulin, Uroczysko i Zacisze działały restauracje, a w zabudowaniach Wyszyny, Łomotu i Nagórnika – domy kolonijne dla dzieci.
Najbardziej wytworny okazał się los Ustronia. W 1925 roku w dawnym młynie urządzono ekskluzywny lokal rozrywkowy z cukiernią i kawiarnią, a także z garażami i stajniami. Garaże i stajnie dla koni wierzchowych obok siebie dobrze oddają tamtą epokę, w której automobil i koń wciąż sąsiadowały na leśnych drogach. Budynek przetrwał II wojnę światową. Pozostałe młyny, pozbawione po wojnie opieki, popadły w ruinę i rozebrano je.
Ustronie służy dziś jako dom wypoczynkowy miejskich służb zieleni. Po pozostałych młynach zostały stawy – Zazulin, Ustronie, Zacisze, Uroczysko, Nagórnik, Łomot i oddalona Wyszyna – które wyznaczają rytm spaceru czterokilometrowym szlakiem „Siedem Młynów – Gubałówka”.
Aerator napowietrza wodę w czasie rekultywacji jezioraFot. Pa3Widzi at Polish Wikipedia, CC BY 3.0, Wikimedia Commons (zmniejszone)